Świat oczami Beat(k)i

blog osobisty Beaty Lipskiej

Fayrant – koncert zespołu Hey w Londynie 29.10.2017

Mam ulubioną piosenkę grupy Hey i nie – nie jest to „Teksański” ani „Nadzieja”, a mianowicie jest to koncertowa wersja „Dancing with tears in my eyes” z Męskiego Grania 2015 (w oryginale wykonywał ten utwór zespół Ultravox). I tam jest taki moment, kiedy Kasia Nosowska mówi do zgromadzonej publiczności na pożegnanie: „No, wszystkiego dobrego, trzymajcie się – pa!”. Mówi to w sposób tak serdeczny i ciepły, że trudno się nie uśmiechnąć w duchu. I ilekroć słucham tego pożegnania to odkrywam, że brakuje mi tego rodzaju serdeczneści – pełnej skromności i pokory, bowiem Hey to nie byle kapela z podwórka – to zespół z 25-letnim stażem. Wokalistka – z niesamowitym głosem, a także mega zrozumieniem i świadomością tego, co śpiewa i robi na scenie.Gdy poszłam na koncert, nie za bardzo wiedziałam czego się spodziewać, nie szaleję na punkcie Hey, nigdy wcześniej nie byłam na ich koncercie, nie oglądałam wywiadów, nie czytałam niusów… nie mam wiedzy – mam muzykę. Pamiętam moja Przyjaciółka dała mi płytę Hey [sic!] i zasłuchiwałam się w niej godzinami… śpiewałam i krzyczałam „Nie to nie (..)”, wszystko było mi wtedy potrzebne. Muszę przyznać, że teraz też ten koncert był mi bardzo potrzebny… poczułam się jak w Polsce, byłam otoczona ludźmi, którzy na swój obcy sposób byli mi bliżsi niż ludzie, którymi otaczam się na codzień. Mogłam sobie nawet wyobrazić, że jestem zamiast w londyńskim Brixton, na przykład w warszawskiej Stodole, gdzie mogłabym wrócić piechotą do maleńkiego mieszkanka na Boya Żeleńskiego mijając nieistniejący już „Super Sam”, gdzie świeże bułeczki chwytało się metalowymi szczypcami, a w ciastkarni obok ciasta i ciasteczka były wkładane starannie w firmowe pudeła i zawijane papier jak za czasów, gdy torebki foliowe nie były tak powrzechne. Te urocze czasy minęły bezpowrotnie i nie to, że chciałabym do nich wrócić, ale miło było oszukać świadomość na chwilę i poczuć klimat koncertowy – ustawianie instrumentów, oczekiwanie na gwiazdę wieczoru… i tak oto pojawili się na scenie. Widać, że grają ze sobą tyle lat… nie potrzeba innej komunikacji niż muzyka. To piękne! I pojawiła się Kasia Nosowska – wtedy zrozumiałam serdeczność z mojej ulubionej piosenki to esencja jej osobowości. Dziękowała przy okazji każdego utworu, mówiła wiele mądrych i życzliwych rzeczy. Miałam wrażenie, że scena mimo wszystko onieśmiela ją pomimo tylu lat na niej spędzonych. To niesamowite, że człowiek po tylu latach nadal podchodzi z pokorą do swojego fachu. Gdy zaczęła śpiewać zdawała się być inną osobą, jakby wszystko, co śpiewa było prawdą mówioną w wyjątkowy sposób, niezwykły, kontrastowy do tego, jaka jest między piosenkami. Usłyszałam z tłumu, że jest taka słodka. No i ja bym tego nie nazwała w ten sposób, bo słodkie to mogą być niemowlęta albo szczeniaczki, a tu mamy dojrzałą kobietę, która po prostu jest chodzącą serdecznością, która mówi mądrze i prosto z serca – to nie jest słodkie – to jest piękne i autentyczne. Tak, właśnie może tego mi tak naprawdę brakuje – autentyczności, jakbym przeżywała same nieprawdziwe rzeczy, jakby rzeczywistość, w której żyję była zmyślona, obok mnie, a nie we mnie. Na koncercie przez te cudowne 2 godziny czułam się prawdziwie, moja rzeczywistość była we mnie a nie obok. Pośpiewałam, poskakałam, pokrzyczałam… sama bliżej siebie. To dobre i miłe uczucie. Muzyka Hey to element tożsamości i mojego pokolenia. Piosenki, które usłyszałam podczas koncertu pomogły ukształtować mnie taką, jaką jestem, a także pomagają przetrwać rzeczywistość, w której obecnie przebywam.
Gratuluję zespołowi tyle wspaniałych lat razem i pochylam się nad twórczością Waszą kolejny raz i to ja dziękuję – trzymajcie się ciepło – pa!

PS. Pragnę też nadmienić, że przy wejściu zabrano mi aparat fotograficzny, co zasmuciło mnie bardzo, a nigdzie nie mogę znaleźć zdjęć, więc muszę zamieścić szajs ze srajfona.

Next Post

Previous Post

© 2021 Świat oczami Beat(k)i

%d bloggers like this: